MENUMENU
Zaznacz stronę

Ja Ukrainiec, Łemko z pradziada, o Łemkowynę toczę boje, a kniaź
łemkowski najemnych Chorwatów, sprzymierzeńców cara, przeciw mym
słowom wyprowadza w pole. Tygodnikiem Powszechnym z Krakowa,
znad Wisły, niby chorągwią macha z daleka.

Bój będzie straszny, okrutny i krwawy. Jeden drugiemu nie ustąpi miejsca na
ławie, którą Stefan Krysyna, ostatni stolarz na Łemkowynie, z jodłowej
deski wystrugał w Komańczy.

Czajnik na piecu do prądu włączony, za chwilę się głośno płaczem rozpluska.
Na ganku jest przeciąg, zardzewiałe zawiasy, od dawna nie smarowane,
na trąbach sosnowych do ataku grają.

Gorącą lawą rozerwała się pierwsza kula armatnia, zakrwawił się obrus biały,
podobnie jak dawniej krwawiła Ruś Kijowska.

Bojan sokoła wypuścił z dłoni na struny łabędzie swej pieśń,
rozdzwoniły się miecze stalowe, bijące zawzięcie o szklane szłomy,
chociaż są ostre, z najtwardszej stali, liścia herbaty nie przetną na dwoje,
a co tu mówić o słowach.
Po stole skaczą dwa bożki wojny, piękne jak dwie laleczki, jeden w
portkach konopnych, zgrzebnych, w czarnym kapelusiku na głowie,
drugi w szarawarach jedwabnych, z wielką blizną, po osełedcu, na
czole.

O tarcze z kruchej porcelany niby chrust leśny, zbutwiały, łamią się
strzały, solą mieloną z Wieliczki zatrute. Bębny palcami armaty głuszą,
słońce za chmury się chowa, niebo niebieskie mruży oczy, księżyc
wyjść na dwór się boi. Z nieba spadł anioł trafiony z łuku.

Kto będzie teraz Łemkowynę chronił, skoro już swego anioła nie ma?
Krzyż bizantyński ramię stracił, kaleką został i buty tatarskie, jak księżyc w
nowiu, pogubił w ucieczce do kościoła. Rozszumiały się groźnie lasy bukowe.
Pola ze strachu zarosły burzanem. Tysiące strzał wystrzeliły świerki.

I wszystko na darmo. Paraska płacze, zielone ściany spływają łzami. Na
łąkach wdów pełno w chustach kolorowych. Bydło nie ryczy. Przez wrogie
wojsko zjedzone do kości. Po drogach chodzą zbrojne bodiaki. Kamienie
pod ziemię się schowały, trawą zarosły.

Za oknem cerkiew na klęczkach stoi, ledwie z daleka widnieją jej banie, do
Mychajiła, archanioła z mieczem, gorąco się modli, wypędź Chorwatów
z naszej ziemi, święty Mychajiłe, niech wrócą do cara, bo ginie w Karpatach
Łemkowyna, nasza ojczyzna, ruska, prastara.

Mychajił poruszył skrzydłami na ścianie, miecz wbił w podłogę, na koniec
pieśni Bojana czeka, do tego czasu mieczem nie ruszy. Na drewnianym
lichtarzu w cerkwi pod powałą, siadł obudzony nietoperz, rozkołysał płomień
światła wiecznego, cienie aniołów na ścianach obudził.

Nie wskrzesi Bóg już Łemkowyny, gędły na koniec struny Bojana i wielka cisza
nastała, bój się zakończył, wszyscy spać poszli, każdy do swojej murowanej
chyży. Przy stole tylko Chorwaci zostali i cerkiew na klęczkach za oknem. Rano
ksiądz polski, „misjonarz” w czarnej sutannie, rękę jej poda i kluczem otworzy.

Petro Skrijka

Podziel się: